Fundacja Smoleńsk 2010 – czyli zbiórka na film „Smoleńsk” Antoniego Krauze
Nakręcić film to zadanie wymagające nie tylko wyczucia artystycznego, ale przede wszystkim zdolności organizacyjnych pozwalających skoordynować pracę setek osób zaangażowanych w produkcję. Potrzeba nie lada wysiłku, by takie dzieło wreszcie ujrzało światło dzienne. Zdarzają się jednak filmy powstające w wyjątkowo niekorzystnych warunkach — praca nad nimi jest ciągłą walką z przeciwnościami. Jednym z takich filmów jest „Smoleńsk”.
- Katastrofa z 10 kwietnia 2010
- Temat, który wymaga filmu?
- Dlaczego tak trudno było zebrać fundusze?
- Odmowa dofinansowania z PISF
- Fundacja „Smoleńsk 2010″
Katastrofa z 10 kwietnia 2010
10 kwietnia 2010 roku to dzień, który na zawsze wpisał się w historię Polski i pozostanie w pamięci Polaków jako jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w dziejach naszego kraju. Katastrofa samolotu TU-154, w wyniku której śmierć poniosło dziewięćdziesiąt sześć osób, łącznie z parą prezydencką, wstrząsnęła całym społeczeństwem.
Jednocześnie jest to zdarzenie, które początkowo połączyło Polaków we wspólnej żałobie, by już niedługo podzielić ich na dwa obozy w zależności od ich zapatrywań na przyczynę tragedii. Spór o interpretację przyczyn katastrofy i przebiegu śledztwa trwa do dziś, stanowiąc jedną z najbardziej polaryzujących kwestii w polskiej debacie publicznej.
Temat, który wymaga filmu?
Sztuka, w tym również sztuka filmowa, od zawsze sięga po najbardziej wstrząsające tematy, by czynić je swoją treścią. Skoro smoleńska tragedia należy do najistotniejszych wydarzeń ostatnich lat, wydawałoby się naturalnym, że film poświęcony temu zdarzeniu powinien powstać. Tym bardziej, kiedy bierze się za to ktoś taki jak Antoni Krauze, którego poprzednie dzieło „Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł” zostało uhonorowane dwoma Złotymi Lwami.
Jak wiemy, ostatecznie „Smoleńsk” powstał, jednak wcale nie było to łatwe — ekipa co chwilę napotykała na nowe trudności. Pozostaje pytanie: dlaczego próbowano utrudnić powstanie filmu poświęconego tak ważnej tematyce, w dodatku kręconego przez uznanego twórcę?
Jako ciekawostkę warto dodać, że kilka lat wcześniej, w 2011 roku, powstał film przedstawiający cierpienie rodzin, tragedie rodzinne po katastrofie smoleńskiej. To reportaż „W milczeniu” wyreżyserowany przez Ewę Ewart, który powstał zarówno w wersji polskiej, jak i angielskiej, dla międzynarodowych widzów.
Dlaczego tak trudno było zebrać fundusze?
Najważniejsze okazało się tu podejście reżysera do smoleńskiej katastrofy, a raczej do wyników śledztwa w jej sprawie. Krauze nigdy nie dał się przekonać oficjalnej wersji, ustalonej zgodnie przez rosyjską i polską komisję. Czy się to komu podoba czy nie, śledztwo smoleńskie zamiast przynieść odpowiedzi, zrodziło nowe pytania i wzbudziło liczne wątpliwości, obok których twórca taki jak Krauze nie mógł i nie chciał przejść obojętnie.
Dlaczego polska strona zdecydowała się na niekorzystną dla nas w tym postępowaniu konwencję chicagowską? Czemu polski rząd nie chciał międzynarodowej komisji? Dlaczego tak potulnie oddano śledztwo w ręce Rosjan i bez szemrania zgodzono się z ich wszystkimi ustaleniami?
I następne pytania: czemu niszczono wrak? Czemu wycięto fragmenty nagrań? Czemu nie było zgodności co do tego, na jakiej wysokości ułamała się brzoza? Czemu szczątki samolotu spadły na ziemię jeszcze przed brzozą, o którą to miał się rzekomo rozbić?
Skąd wreszcie te wszystkie tajemnicze samobójstwa (i kto wie, czy nie należałoby tu użyć cudzysłowu) osób, mogących rzucić trochę światła na to, co wydarzyło się w Smoleńsku? Ludzie przecież nawet już pół-żartem mówili między sobą, że grasuje „seryjny samobójca”.
Krauze nie chciał pomijać tych pytań milczeniem. Chciał, by jego film je podkreślał i unaocznił widzom, że w sprawie Smoleńska jest wiele niewiadomych, do których opinii publicznej się po prostu nie dopuszcza, bo manipuluje się prawdą i przemilcza fakty, które kłócą się z ustaleniami komisji.
Biorąc pod uwagę, że ten film, który nie chciał się wpasować w narrację głównego nurtu, powstawał za rządu PO-PSL, łatwo zrozumieć, dlaczego rodził się on w takich bólach. Komu związanemu z ówczesną władzą miałoby zależeć, by powstała produkcja, która punktuje niedopatrzenia i zaniedbania tej właśnie władzy w przypadku smoleńskiego śledztwa?
Odmowa dofinansowania z PISF
Nie dziwi więc, że Krauzemu odmówiono dofinansowania z Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej. Przy czym zaznaczono, że wcale nie chodzi o ideologiczny wydźwięk filmu, a jedynie o jego nikłą wartość artystyczną. Co może nieco dziwić, zważywszy, że PISF nie wstrzymywał się dotąd od finansowania nieoglądalnych gniotów w rodzaju „Hiszpanki” (imponująca nota 4,1 na Filmwebie).
W składzie komisji, która zadecydowała o odrzuceniu wniosku Krauzego, zasiadał między innymi Jerzy Stuhr. W wywiadzie dla portalu Onet.pl przyznał on, że scenariusz „Smoleńska” „trącił hagiografią, czyli ukultowieniem”. To byłby całkiem sensowny argument natury artystycznej, gdyby nie fakt, że przecież taki „Wałęsa” Wajdy, współfinansowany przez PISF, jest przez wielu uważany za „laurkę” dla byłego prezydenta.
Stuhr w tym samym wywiadzie mówił też otwarcie, że „powstanie takiego filmu może być groźne dla Polski. Obśmieje nas na cały świat”. I tu znowu można by się zdziwić, że członkowie PISF nie mieli takich obiekcji w przypadku filmów jawnie ukazujących Polaków w złym świetle — mowa tu przede wszystkim o produkcjach filmowych takich jak „Pokłosie” Pasikowskiego.
Argument o zagrożeniu dla wizerunku Polski
Twierdzenie, że film może zaszkodzić międzynarodowemu wizerunkowi kraju, wydaje się wybiórcze. Wiele polskich produkcji poruszających trudne tematy historyczne i społeczne otrzymywało wsparcie publiczne, mimo że również mogły budzić kontrowersje za granicą. Różnica polegała głównie na tym, z jakiej perspektywy ideowej podchodziły do spornych kwestii.
Fundacja „Smoleńsk 2010″
Pozostawieni bez funduszy twórcy filmu zrobili jedyną rzecz, jaka im jeszcze pozostała — zwrócili się z prośbą o wsparcie do zwykłych ludzi. Polaków, których poruszyła smoleńska tragedia i chcieliby, aby film o niej ujrzał światło dzienne.
Tak powstała fundacja „Smoleńsk 2010″, dzięki której ludzie życzliwi wobec filmowych planów Krauzego mogli wesprzeć finansowo jego projekt. Zadanie nie było łatwe, bowiem budżet filmu wyniósł ostatecznie dziesięć milionów złotych. Nie jest to astronomiczna kwota jak na polskie warunki produkcji filmowej, ale inaczej się sprawa przedstawia, kiedy trzeba ją uzbierać z datków osób, chcących wesprzeć film. Wówczas jest to suma ogromna, wymagająca zaangażowania setek, a nawet tysięcy darczyńców.
Organizacja zbiórki i zaangażowanie społeczne
Chętnie jednak wsparli produkcję filmu ci, którzy chcieli właśnie takiego ujęcia tematu, jakie oferował Krauze. Tego swoistego odkłamywania mitów, jakie narosły wokół „Smoleńska”. Fundacja prowadziła zbiórki zarówno przez internet, jak i podczas spotkań z potencjalnymi wspierającymi, organizując wydarzenia promujące projekt.
Recepcja i ocena finalnego dzieła
Czy było warto? Czy darczyńcy po kinowym seansie byli zadowoleni, że wsparli film, który zapewne nigdy by nie powstał bez ich pomocy? Trudno powiedzieć jednoznacznie.
Opinie są mocno podzielone, ale generalnie trzeba przyznać, że „Smoleńsk” nie zebrał dobrych recenzji. Od początku było wprawdzie oczywiste, że zostanie zrównany z ziemią przez większość lewicowych i liberalnych mediów, które, można rzec, światopoglądowo stoją po przeciwnej stronie barykady. Ale nawet prawicowi publicyści i zwykli widzowie podeszli do filmu bez zachwytów. Owszem, tu i ówdzie zwracano uwagę, że to film ważny i potrzebny, który psują niestety realizatorskie niedoróbki i zbytnia „łopatologia”.
Mówiąc o „Smoleńsku” Krauzego trzeba jednak pamiętać o trudnych warunkach, w jakich — na przekór wszystkim — film ten powstawał. I że sam fakt, iż w końcu doszło do kinowej premiery, twórcy i darczyńcy mogą uważać za swój wspólny sukces. Produkcja ta udowodniła, że w polskim kinie niezależnym możliwe jest zrealizowanie kontrowersyjnego projektu bez wsparcia instytucji państwowych, wyłącznie dzięki społecznemu zaangażowaniu i determinacji twórców.