Najlepsze westerny. Jakie filmy o Dzikim Zachodzie warto zobaczyć?

kowboj na koniu

Western w ostatnich latach bywa określany jako gatunek schyłkowy, choć od czasu do czasu pojawiają się produkcje wywołujące niemałe zainteresowanie — wystarczy przypomnieć tarantinowskie „Django” czy „Prawdziwe męstwo” braci Coen. Trudno jednak nie zauważyć, że opowieści o Dzikim Zachodzie nie osiągają już spektakularnych wyników kasowych znanych z dawnych dekad. Mimo zmieniających się trendów filmowych warto pamiętać o klasyce gatunku i powracać do produkcji, które wyznaczały standardy kina westernowego. Powstaje pytanie, które z nich zasługują na miano najlepszych?

Rio Bravo

Zanim pojawiły się tak zwane spaghetti westerny wprowadzające większy relatywizm moralny oraz surowszą wizję życia na pograniczu cywilizacji, w kinach dominowały produkcje oparte na wyraźnym podziale dobra i zła. Bohaterowie mieli najczęściej szlachetne pobudki, a ich przeciwnicy jawili się jako pozbawieni skrupułów bandyci.

„Rio Bravo” pochodzi właśnie z tego okresu kinematografii. Cała fabuła wyrasta z prostego założenia — grupa postaci musi przez kilka dni przetrzymać w areszcie schwytanego przestępcę, podczas gdy jego kompani będą próbować go odbić.

Pozornie nieskomplikowana koncepcja w rękach scenarzystki Leigh Brackett (współpracującej później przy „Gwiezdnych Wojnach”) i reżysera Howarda Hawksa przekształciła się w wciągającą historię pełną zwrotów akcji i forteli. Film stał się inspiracją dla Johna Carpentera, który wiele lat później nakręcił „Atak na posterunek”.

Na uwagę zasługuje nie tylko umiejętnie prowadzona narracja, pełna chytrych podstępów i energicznych strzelanin, lecz również sympatyczne kreacje aktorskie — John Wayne w życiowej formie — oraz piosenka „My rifle, my pony and me”, z wdziękiem wyśpiewana przez Deana Martina.

Dolarowa Trylogia

Clint Eastwood jako człowiek bez imienia w kultowej trylogii Sergia Leone — to właśnie te trzy filmy („Za garść dolarów”, „Za kilka dolarów więcej” oraz „Dobry, zły i brzydki”) przyczyniły się do popularyzacji spaghetti westernów na świecie.

Produkcje powstałe przy stosunkowo niewielkim budżecie ukazały świat Dzikiego Zachodu bez upiększeń. Surowy klimat rozjaśniał co najwyżej mocno czarny humor, a główny bohater — w którego wcielił się Eastwood — przestał być szlachetnym kowbojem czy nieustraszonym szeryfem. Zamiast tego widzowie otrzymali najemnika, który działa po stronie tego, kto więcej zapłaci, a jego moralność pozostaje kwestią dyskusyjną.

Leone świadomie zerwał z konwencją „białego kapelusza” i stworzył nowy archetyp bohatera westernowego — cynicznego, milczącego, kierującego się przede wszystkim własnym interesem. Ta zmiana paradygmatu wpłynęła na późniejsze dekady kina.

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie

Kolejne dzieło Leone stanowi rodzaj epickiego fresku rozciągniętego na ponad trzy godziny, odmalowującego realia trudnego amerykańskiego życia w czasach budowy kolei. To z tego filmu pochodzi kultowa postać człowieka z harmonijką (jak widać, reżyser konsekwentnie zaludniał swoje produkcje bezimiennymi bohaterami).

Film rozwija się w naprawdę wolnym rytmie — część widzów może poczuć znużenie, dla innych jednak ta celowa rozwlekłość okaże się wręcz hipnotyzująca. Leone buduje napięcie poprzez długie ujęcia, niespiesznie rozgrywane sceny i ekspresyjne zbliżenia twarzy aktorów.

Co najbardziej zostaje w pamięci po seansie? Z pewnością wyraziste role Charlesa Bronsona, Henry’ego Fondy (rzadko grającego czarny charakter) czy Claudii Cardinale, a także znakomita muzyka — Ennio Morricone stworzył tu jedno z najbardziej rozpoznawalnych dzieł swojego życia. Motyw harmonijki wręcz definiuje tożsamość filmu.

Jak zdobyto Dziki Zachód

Ta opowieść stanowi swoistą panoramę historii Dzikiego Zachodu. Śledząc losy jednej rodziny przez kolejne pokolenia, widzowie poznają kształtowanie się młodych Stanów Zjednoczonych — od czasów eksploracji po budowę cywilizacji.

W efekcie otrzymujemy właściwie kilka filmów w jednym, co gwarantuje różnorodność doznań. Znajdziemy tu zarówno klasyczną opowieść z czasów traperów i konfliktów z Indianami, jak i wątek wojenny poświęcony wojnie secesyjnej, wreszcie typowy western o szeryf ie i bandycie.

Każdy miłośnik historii rodem z Dzikiego Zachodu znajdzie więc w tej produkcji fragment najbliższy jego upodobaniom. Film wykorzystuje również nowatorską jak na owe czasy technikę Cinerama, pozwalającą uchwycić przestrzeń i skalę wydarzeń w sposób wcześniej nieosiągalny.

Bez przebaczenia

W latach dziewięćdziesiątych western doświadczył krótkiego, lecz spektakularnego powrotu, za co odpowiedzialny był Clint Eastwood. Okazał się on godnym spadkobiercą Leone — film utrzymany jest w tym samym stylu, co stare, sprawdzone spaghetti westerny. Mamy tu ten sam moralny relatywizm oraz surowość, przetykaną jedynie z rzadka czarnym jak smoła humorem.

Eastwood na ekranie partnieruje tak znakomitym aktorom jak Morgan Freeman i Gene Hackman. Film został doceniony przez krytyków, co zaowocowało czterema Oscarami, w tym za najlepszy film i reżyserię.

„Bez przebaczenia” stanowi jednocześnie swoistą refleksję nad gatunkiem — dekonstruuje mity o bohaterskich rewolwerowcach, ukazując starość, przemoc i konsekwencje życia poza prawem. Eastwood zamknął w nim pewien etap swojej kariery aktorskiej i reżyserskiej, tworząc dzieło autotematyczne.